O Golęczewie w Jahrbuch Weichsel-Warthe

W grudniu 2025 r. w roczniku, wydawanym przez stowarzyszenie „Wisła-Warta” (Landsmannschaft Weichsel-Warthe), ukazał się mój artykuł „Golenhofen: ein Ansiedlungsdorf bei Poznań (Posen)”. Tekst powstał przede wszystkim z myślą o niemieckim czytelniku, a jego ambicją było przedstawienie „w pigułce” zawiłych polsko-niemieckich relacji w Golęczewie XX wieku. Szczególną uwagę poświęcam w nim wspomnieniom o rodzinie Arwa.

Poniżej, za zgodą redakcji Jahrbuch Weichsel-Warthe, zamieszczam pierwotną polską wersję tekstu. Dziękuję panu Przemysławowi Zielnicy za przetłumaczenie mojego tekstu na niemiecki.

Golenhofen: niemiecka wieś osadnicza pod Poznaniem

Rozpisywano się o niej w prasie w całych Niemczech, a także za granicą. Położona kilkanaście kilometrów na północ od Poznania wieś Golęczewo miała swoje wielke pięć minut w historii. A to za przyczyną wyjątkowego przedsięwzięcia osadniczego i propagandowego.

Niemiecka ludność w Wielkopolsce osiedlała się od wieków. Pod koniec XIX wieku pojawił się jednak nowy czynnik: Komisja Kolonizacyjna. Ta rządowa agenda państwa pruskiego wykupywała majątki szlacheckie i na preferencyjnych warunkach przekazywała ziemię niemieckim osadnikom. Oficjalnie celem było podniesienie gospodarczego poziomu prowincji Posen i Westpreussen. W praktyce, starano się w ten sposób zmienić stosunki etniczne na korzyść niemieckiej ludności, lojalnej wobec Prus.

W ten sposób na wschodzie państwa pruskiego osiedlono ponad 100 tysięcy Niemców z różnych landów Rzeszy, a także „reemigrantów” (Ruckwanderer) z różnych krajów – od USA po Rosję. Komisja Kolonizacyjna zajmowała się nie tylko wykupem i przekazywaniem gruntów, ale także np. melioracją; budowała budynki użyteczności publicznej dla osadników – jak szkoły czy kościoły. Do dziś w dziesiątkach miejscowości w regionie możemy zobaczyć widoczne ślady jej działalności, które dawno już wrosły w wielkopolski krajobraz. Golęczewo jest jednak pod tym względem absolutnie wyjątkowe.

Zasiedlenie

Majątek w Golęczewie został wykupiony przez Komisję z rąk Zygmunta Błociszewskiego w 1901 roku. Wkrótce zapadła decyzja, że powstanie tu wieś wzorcowa Komisji. Zdecydowano, że zostanie w tym miejscu zbudowana cała wieś „pod klucz” – nie tylko budynki gminne, ale także gotowe do zamieszkania domy i zagrody chłopskie.To odróżniało tę miejscowość od innych realizacji Komisji.

Golęczewo miało być „oknem wystawowym” Komisji Osadniczej – pokazem jej możliwości i sprawczej siły w przekształcaniu krajobrazu. Każdy budynek został zbudowany według indywidualnego projektu, a wiele ich cech odwołuje się do styli i detali charakterystycznych dla różnych regionów osadnictwa niemieckiego. Całość jednak tworzy jeden, spójny kompleks architektoniczny, zaprojektowany przez zespół Baumeistra Paula Fischera, naczelnego architekta Komisji Kolonizacyjnej. 

W 1904 roku wzorcowa niemiecka wieś była już niemal gotowa do zasiedlenia. O tym, jak przekonywano potencjalnych mieszkańców do osiedlenia się w Golęczewie, możemy się przekonać czytając ulotkę Komisji Kolonizacyjnej. Dokument pochodzi ze zbiorów gnieźnieńskiego oddziału Archiwum Państwowego w Poznaniu. Przytaczam jej treść niemal w całości.

Golenczewo ma powierzchnię 650 ha = 2600 akrów i jest przeznaczone do zasiedlenia w 43 zagrodach o różnej wielkości. Osiedle jest dobrze przygotowane. Większość gospodarstw można uzupełnić o łąki;  zadbano też o to, aby tereny bez łąk miały wystarczającą ilość ziemi nadającej się do uprawy koniczyny. Większość zagród została już wybudowana przez Komisję Osadniczą. Wartość poszczególnych działek, w tym koszty ulepszeń gruntów oraz, w przypadku działek zabudowanych, urządzeń wodociągowych, a także aktywów wymaganych do przejęcia, można zobaczyć w poniższym zestawieniu.

Cena za poszczególne tereny ma zostać zapłacona częściowo w gotówce, częściowo w formie stałej renty, a częściowo jako pozostała cena zakupu; wysokość zaliczki oraz kalkulacja pozostałej ceny zakupu i renty podlegają uzgodnieniu w każdym indywidualnym przypadku.

Golenczewo należy do parafii ewangelickiej w Rokietnicy; kościół oddalony jest o 6 km, jednak w nowo wybudowanej szkole w centrum osady utworzono salę parafialną z częścią do odprawiania nabożeństw.  Wieś jest również wyposażona w gminną łaźnię-pralnię i piekarnię, a także wagę. Istnieje również system zaopatrzenia w wodę, do którego podłączone są obszary zabudowane, a pozostałe mogą zostać podłączone. Obszary wymagające odwodnienia są systematycznie osuszane.

Sytuacja komunikacyjna jest bardzo korzystna. Osiedle Golenczewo położone jest przy szosie Poznań-Oborniki, 17 km od stolicy prowincji i 14 km od Obornik. Zgodnie z sugestią Komisji Osadniczej, tuż obok wsi powstanie nowy przystanek kolejowy na linii Poznań-Piła.

Uwagi. Koszty przejazdu do stacji Złotniki [tu następuje zestawienie kosztów biletów kolejowych 3 i 4 klasy z 10 stacji na terenie Niemiec, od Głogowa i Wrocławia, przez Szczecin i Berlin, po Hamburg i Hannover]

Uwaga: Nabywcy terenów osadniczych bez zabudowań mają otrzymać trzy lata bezpłatne, nabywcy terenów z zabudowaniami od jednego do dwóch lat bezpłatnych. Zapytania należy kierować do administracji majątku fiskalnego Golenczewo, powiat Poznań Zachód, poczta Rokietnica; lub do Królewskiej Komisji Osadniczej w Poznaniu.

Działania rekrutacyjne komisji przyniosły skutek – w 1905 roku wszystkie gospodarstwa zostały już zasiedlone i można było oficjalnie ogłosić inaugurację wsi. O tym, skąd pochodziły rodziny które przybyły do Golęczewa, można przeczytać w pewnym dokumencie z berlińskiej biblioteki: 

1 – Hanower
3 – Saksonia
1 – Brandenburgia
2 – Śląsk
4 – Poznańskie
8 – Badenia
3 – Nadrenia-Palatynat
9 – Rosja
9 – Węgry  

Warto zwrócić uwagę na rozmaitość miejsc pochodzenia. Style architektoniczne golęczewskich budynków były zróżnicowane – ale jednocześnie tworzyły jedną, zintegrowaną całość. Tak samo z ludnością – choć niemieccy osadnicy zostali sprowadzeni z bardzo różnych miejsc, według założenia mieli stworzyć zjednoczoną, modelową społeczność. Golęczewo miało świecić przykładem na niemieckim wschodzie (Ostmark), jak zjednoczone i skuteczne są Niemcy jako państwo i jako społeczeństwo.

Pocztówka z ok. 1906 roku. Budynek szkoły, z prawej strony mieszczący również salę modlitewną (Kirche). 

Musteransiedlung (wieś wzorcowa)

Wieś, przemianowana wkrótce na Golenhofen, stała się miejscem i środkiem propagandy. Jej odwiedziny stały się obowiązkowym punktem zwiedzania Poznania i okolic. Wieś odwiedzały osobistości z najwyższych kręgów władzy, jak cesarzowa Augusta Wiktoria podczas poznańskich Kaisertage w 1910 roku. Golęczewo było też celem podmiejskiej turystyki „zwykłych” ludzi – w przewodnikach i gazetach można wyczytać, że gdy jedni w niedzielę wyruszali do Puszczykowa, inni wsiadali do pociągu w przeciwną stronę, by przechadzać się wsród pachnących świeżością golęczewskich zagród.

Komisja Kolonizacyjna – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli – dbała o PR. Organizowała specjalne wizyty dla dziennikarzy, prawdopododnie też rozsyłała gotowe teksty do wykorzystania w prasie. W efekcie, w ówczesnych gazetach i czasopismach (nie tylko niemieckich!) możemy znaleźć dosłownie setki publikacji o Golenhofen. 

Prawdopodobnie wczesnym latem 1906 roku wieś odwiedził znany francuski reportażysta i dziennikarz Le Figaro, Jules Huret. Wrażenia z Golęczewa opisał w książce „De Hambourg aux marches de Pologne”. Żeby poczuć atmosferę wzorcowej wsi, najlepiej jest oddać głos naocznemu świadkowi z epoki. Zatem posłuchajmy Hureta…

Pociąg zatrzymuje się w Golentschewie [Golentschewo – urzędowa nazwa wsi do 1906 r.]. Stacja – przystanek na środku pól. Decyzją państwa miała tu zostać stworzona modelowa wieś. Architekci starali się zatem budować przytulne, przyjazne zagrody o zróżnicowanym wyglądzie, otoczone ogródkami kwiatowymi. Reprezentowany jest tu styl każdej niemieckiej prowincji. Oto dom westfalski, z pionowym dachem, którego fasada jest pokryta do połowy ciemnymi łupkami, przechodzącymi w dach; obok niego dom brandenburski ze stajniami oddzielonymi od głównej bryły, a hanowerski – z wyrysowanym na białej ścianie koniem z herbu Hanoweru. Zaś styl węgierski jest reprezentowany przez całkowicie białe domy, poprzedzone galerią z czworokątnymi filarami: tutaj stajnie sąsiadują z domem chłopa.

Wszystkie te domy mają radosny wygląd – z dużymi wykuszami, loggiami, maleńkimi schodkami chronionymi przez daszki z glazurowanych płytek, jasnymi odcieniami okiennic i skromnymi kwiatami – przetacznikami, nasturcją, topinamburami, słonecznikami, goździkami, które kwitną w oknach i ogrodach. Na fasadach pobielonych wapnem wypisane są czarnymi literami przysłowia lub słowa Pisma Świętego, dobrane tak, aby przypominać tym prostym duszom, zagubionym w samotności i zdezorientowanym, elementarne zasady solidarności i miłości ich profesji.

Nad pewnymi drzwiami czytam wielkie gotyckie litery: „Dużo dawajcie biednym i chorym, bo wszyscy mamy tego samego Boga i to samo ciało”. A na jednej fasadzie: „Cesarz dzierży miecz, chłop prowadzi pług, i głupi ten, który nie czci i jednego, ani drugiego”. Dalej: „Nie przeklinaj ani nie złorzecz w moim domu, bo zostaniesz szybko przepędzony!” I jeszcze: „Nie wtykaj nosa w sprawy sąsiadów, a zawsze będziesz miał spokój w twoim domu!”

Golentschewo to w skrócie szeroka droga, z domami po obydwu stronach, prowadząca do wiejskiego placu. Oto jesteśmy na nim. Pośrodku placu stoi gminna studnia, sześciokątna w kształcie, przykryta piramidalnym dachem z czerwonych dachówek, wspartym na czworokątnych filarach z surowego dębu, na którym wypisano inskrypcje gotyckimi literami.

Rzeźby pulchnych dzieci, stojące na obramowaniu studni, symbolizują rolnictwo, handel i przemysł. Naprzeciwko stoi szkoła, kościół i poczta, mieszczące się w jednym białym gmachu, pokrytym błyszczącymi niebieskimi płytkami. Rustykalna wieża zegarowa wieńczy szczyt szkoły. Napis przy wspólnym wejściu głosi: „Telefon, telegraf”, jako że tej wsi, zagubionej na rozległej równinie, nie brakuje żadnych udogodnień współczesnego życia. Wtem wiejską ciszę ożywiają dziecięce głosy i wibrując, układają się w hymn. Bez wątpienia dochodzą ze szkoły, ku której zmierzamy.

Jedyna klasa jest doskonale czysta. Na białych ścianach krótki fryz, przedstawiający małe dziewczynki, siedzące plecami do siebie, robiące na drutach, oraz czytających chłopców. Na honorowym miejscu – portrety cesarza, cesarzowej, rodziny cesarskiej; zaś na biurku nauczyciela – bukiet stokrotek. Ale klasa jest pusta. To z pobliskiej świątyni dochodzą dziecinne głosy.

Około dwudziestu dziewcząt i chłopców, w większości dzieci rosyjsko-niemieckich, ustawionych na podeście, ćwiczy pod kierunkiem mistrza z długą brodą i niebieskimi okularami śpiewy do niedzielnego nabożeństwa. Chłopcy są boso, niektóre dziewczęta też, inne noszą chodaki i pończochy z grubej niebieskiej lub czerwonej wełny. Ich blond włosy, o barwie spłowiałej przędzy, zwisają w warkoczach na bawełnianych płaszczach, a ich oblicza wydają się być uległe aż do zniewolenia.

Mistrz z powagą gra na fisharmonii, oddzielony od swoich uczniów małym ołtarzykiem, nakrytym purpurowym obrusem z wyhaftowanym srebrnym krzyżem. Dwa skromne wazony, wypełnione polnymi kwiatami i trawami, oraz płaskorzeźba przedstawiająca Ostatnią Wieczerzę, to jedyne ozdoby. Kilka ławek stoi na wyłożonej kafelkami podłodze, a gołe ściany ożywia wyłącznie girlanda kwiatów, namalowana temperą.

Część pocztówki przedstawia nieistniejący dom seniora Arwów – Heinricha I (Dworcowa 55). Do 1945 roku mieszkał tam Friedrich, zwany Arwą Bogatym.

W gościnie u chłopa

Huret odwiedza też chłopskie domy, a najobszerniejszy opis dotyczy wizyty w domu Heinricha Arwa (Dworcowa 40). Tekst zawiera sporo ciekawych szczegółów – także obyczajowych i kulinarnych. 

Podobnie jest u sąsiada, Węgra pochodzenia niemieckiego, który mieszka tam od półtora roku. Jego dom kosztował go 8 000 marek, a rocznie płaci czynsz w wysokości 600 marek za 68 morgów ziemi (morg odpowiada 2 500 metrom kwadratowym, zatem 4 morgi to hektar). Gospodarz mieszka sam, jego żona jest chora i leczona w szpitalu w Poznaniu. Nie mają dzieci.

Doskonale utrzymany dom, czysta kuchnia, salonik z dywanem plecionym z trawy, wyposażony w krzesła i fotele z toczonego drewna. Na stole, przykrytym wielobarwną węgierską tkaniną, duży bukiet maków i książki: geografia Europy, historia, obszerny atlas, itp.

Rolnik opowiada, jak wygląda jego dzień.

— Codziennie wstaję o piątej. Jem śniadanie z małą kawą i białym chlebem bez masła, węgierscy chłopi uważają, że masło jest złe do pracy, a ja pracuję do ósmej. Zatem jem ziemniaki i potem pracuję cały dzień, robiąc krótką przerwę na posiłek w południe. Chcę wiedzieć, czym się żywi: — Mięso dwa razy dziennie, solona wieprzowina, bo inne rodzaje mięsa są bardzo drogie; do tego dobry gulasz doprawiony papryką.

W pokoju gospodarz pokazuje nam swoje zdjęcie jako węgierskiego żołnierza – ponieważ jego naturalizacja jest niedawna (jego rodzina opuściła Niemcy w 1783 r., w czasach Marii Teresy), oraz pocztówkę z węgierskim parlamentem w Budapeszcie, która sąsiaduje z portretami księcia koronnego Niemiec i jego brata Eitela. Potem przeprowadza nas przez bardzo czystą spiżarnię, a następnie idziemy na piętro zobaczyć zbiory pszenicy i żyta z pierwszych żniw. Rolnik szacuje je na 4000 marek. Z kolei swoje szynki sprzedał któregoś dnia po 1 marce za funt i zostało mu trochę, razem z cebulą i pszenicą, na własny użytek.

— A więc, nie tęskni Pan za Węgrami? – zapytałem.

— Nie, chociaż ziemia jest tam z pewnością lepsza. Dobra czarna ziemia, której nie trzeba nawozić. Tutaj jest inaczej, potrzebujesz dużo nawozu. Ale cieszę się, że nie mam takich problemów jak tam, ze Słowakami. Przywiozłem ze sobą dwóch niemieckich robotników ze Slawonii i wszyscy pracujemy w pokoju.

Przechodząc przez podwórko z powrotem na drogę, gospodarz pokazuje nam żniwiarkę kupioną niedawno za 400 marek, amerykański siewnik, zaś obok jego domu – oborę z napisem nad wejściem: „Dobrze odżywiona krowa daje dobre mleko i dobry obornik”.

Na podwórzu domu opisywanego przez Hureta. Na oborze widoczna wspomniana przez dziennikarza inskrypcja: „Eine Kuh, die Gutes frißt, gibt gute Milch und guten Mist“

Arwowie – golęczewscy potentaci

Nie było wśród niemieckich osadników w Golenhofen bardziej znaczącego nazwiska niż Arwa. Spokrewnieni ze sobą Arwowie posiadali kilka gospodarstw, a ich senior pełnił rolę sołtysa. Zanim przybyli do Golęczewa, mieli za sobą kilka etapów dalekich migracji.

Heinrich i Susanna Arwa pochodzili ze wsi Semlak (wówczas Węgry, dziś to Semlac w zachodniej Rumunii). Mieli aż 14 (!!!) dzieci, z których niemal wszystkie zmarły w dzieciństwie. Do Golęczewa przybyli w 1905 roku wraz z trzema synami.

Najmłodszy syn Friedrich, żonaty z Julianną z domu również Arwa, mieszkał wraz z rodzicami przy Dworcowej 55. Byli to bogaci gospodarze, a zbiorowa pamięć starszych mieszkańców Golęczewa zapamiętała ich jako „Arwów Bogatych”. Ich dzieci to Elisabeth, Friedrich, Julianne i Dorothe.

Najstarszy Heinrich (ur. 1870), bezdzietny, objął gospodarstwo na ul. Dworcowej 40. To w jego domu był Jules Huret. Johann zaś (ur. 1873) zamieszkał w domu obok szkoły (Dworcowa 57), wraz z żoną Susanną z domu Balascha. Imiona ich dzieci to: Heinrich, Susanna, Peter i Katharine.

Stary Heinrich umarł w 1925 roku, zaś jego żona Susanna w 1912 r. Oboje niemal na pewno są pochowani na golęczewskim cmentarzu. W Golęczewie osiedliła się również inna gałąź rodziny Arwa z Semlak – dwaj bracia Friedrich (II) i Heinrich (II). Friedrich II (ur. 1925) wraz żoną Anną Theresią Pinczes-Keller i dziećmi, zamieszkał w domu osadniczym 3/4 na rogu ul. Krętej i Tysiąclecia. Heinrich II (ur. 1872, zm. w 1910) i Elisabeth z d. Keller gospodarzyli przy stawie (Tysiąclecia 8b).

Warto napisać więcej o kolejach losu tej rodziny. Węgierska historia rodziny Arwa zaczyna się około 1770-1780 roku. Za czasów panowania cesarzowej Marii Teresy przybywają do Balmazújváros (dzisiejsze wschodnie Węgry) niemieccy osadnicy. Według relacji Schwochowa z 1908 r., Arwowie dotarli tam ze Szwabii.

W latach 1823-1837 Arwowie wraz z innymi rodami z Balmazújváros przenoszą się do Semlak pod Aradem. Tam pozostaną przez kilka pokoleń. W 1890 roku Heinrich I i Susanna migrują do slawońskich Dobanovców (dziś – Dobanovci w Serbii na przedmieściach Belgradu). Mają za sobą trudny czas – w Semlak pozostawiają groby swoich pierwszych dziesięciorga dzieci. Do Slawonii docierają z czterema najmłodszymi synami.

Mija 15 lat i Arwowie znów decydują się na migrację. Tym razem ich celem jest Golęczewo. Najstarszy syn Konrad zostaje prawdopodobnie w Slawonii, zaś wspomniani wcześniej trzej bracia Heinrich, Johann i Friedrich znajdują nowy dom we wzorcowej wsi Golenhofen. Czują się tu prawie jak u siebie – bo wśród sąsiadów są inne niemieckie rodziny z Semlak, w tym rodziny Rosinger, Schneider i Grunwald.

Ten starszy mężczyzna na zdjęciu to niemal na pewno Heinrich I Arwa, senior golęczewskich Arwów (ur. 1838), żonaty z Susanną z d. Schilling. Heinrich stoi przed swoim domem. Heinrich I Arwa był prawie od początku istnienia niemieckiej wsi wzorcowej Golenhofen przewodniczącym zarządu gminy (Gemeindevorstand).

Koniec sielanki

Oficjalna propaganda chciała widzieć w Golenhofen idealną wieś i doskonałe, zjednoczone społeczeństwo. Rzeczywistość nie była tak sielankowa. Zanim Heinrich I Arwa został Gemeindevorsteherem, między mieszkańcami wybuchł intensywny konflikt o prymat we wsi. Przybysze z Węgier i Rosji mieli poczucie, że sa traktowani jako obywatele drugiej kategorii, a osadnicy ze „starej Rzeszy” są faworyzowani jako lepiej wykształceni i „bardziej cywilizowani”. Kolejny sołtys, Karl Heiland z Badenii, został skazany na ponad rok więzienia za malwersacje przy gminnej kasie. 

Podobno też poziom gospodarowania niemieckich osadników nie różnił się specjalnie od tego, co reprezentowali polscy chłopi w okolicach. Gdy w 1919 roku posłowie polskiego Sejmu odwiedzają Golęczewo, jeden z nich notuje:

Mieszkańcy nie dbają bardzo o zewnętrzny wygląd swych siedzib, które są grubo zaniedbane, i odrapane. I wewnątrz domów nie panuje szczególny ład. Widocznie nie najlepszym materyałem są owi koloniści albo ze znacznemi ulgami oddanych im gospodarstw nie oceniają należycie jak zresztą każdy to czyni z darowanym lub na wpół darowanym przedmiotem.

Bydło – rasy holenderskiej – nie cieszy się szczególną opieką. Jest chude i za mało czyszczone. W ogóle na każdym kroku widać grube zaniedbania.

Na zapytanie postawione kolonistom, czy chcą pozostać, oświadczyli, że chętnie, o ile tylko rząd polski im pozwoli. Mam nadzieję, że tego nie uczyni, nie ma bowiem najmniejszego interesu ochraniać ludzi, których wprowadzono do kraju celem rugowania rodzimej ludności i wypychania jej z ojczystego kraju na wygnanie, na emigracyę. Wynarodowienie tych Niemców nie może także przynieść najmniejszych korzyści, bo polski lud rolniczy dzielnicy poznańskiej przedstawia zdrowszy i lepszy materyał.

Na początku lat 20-tych dwie trzecie niemieckich osadników opuszcza Golęczewo. Większość z nich sprzedaje dobrowolnie swoje gospodarstwa Polakom, napływającym – tak jak oni wcześniej – z bardzo różnych kierunków. W ręku zostaje im niewiele pieniędzy, bo te tracą błyskawicznie na wartości w czasach szalejącej hiperinflacji. Są i tacy, którzy zostają wywłaszczeni przymusowo, na mocy przepisów i decyzji administracyjnych. Osadnicy ruszają dalej w świat, większość do Niemiec, niektórzy do USA, wielu – z poczuciem krzywdy z racji utraty czy pomniejszenia majątku.

Kilkanaście rodzin zostaje na miejscu i mimo początkowych trudności, względnie dobrze integruje się z polskimi przybyszami. Z zachowanych relacji mieszkańców wynika, że relacje między Polakami i Niemcami w talach 30-tych były poprawne a bywały nawet przyjacielskie, zdarzały się też mieszane małżeństwa.

Jeden z synów starego Heinricha Arwa – Johann, zdecydował się opuścić Golęczewo i przeniósł się w okolice Choszczna (Arnswalde). Większość Arwów jednak pozostała. Podczas II wojny ich relacje z polskimi sąsiadami były zróżnicowane – jak to wśród ludzi. Okupacyjne władze zaczęły wysiedlać Polaków ze wsi, by zrobić miejsce dla nowych niemieckich osadników, między innymi z Besarabii. To był egzamin przyzwoitości dla niemieckich Golęczewian. Jak zdali go różni Arwowie, wiemy ze wspomnień polskich mieszkańców.

Teresa Kostańska-Jasik: 

Były trzy rodziny Arwa – Arwa Gruby [Heinrich, ten z relacji Hureta], Arwa Bogaty [Friedrich, najmłodszy syn nieżyjącego Heinricha] oraz Arwa nad Stawem [Heinrich, z innej gałęzi rodziny]. Wszyscy mówili po polsku. 

Arwa Friedrich (Bogaty) po wkroczeniu Niemców pełnił rolę sołtysa, ale żył dobrze z Polakami i konkretnie z naszą rodziną. Co innego ten nad Stawem, hitlerowiec, nosił żółtawy mundur. Mieliśmy piękne meble w mieszkaniu nad gospodą i Arwa nad Stawem chciał je przejąć. W tym celu starał się, żebyśmy zostali wysiedleni. 

Wtedy zjawił się Fryderyk (sołtys). Ostrzegł nas i zaoferował pomoc. Dał konie, 3 wozy i ludzi do pomocy. W trzy godziny pomógł spakować nasz dobytek – przewieźli go do innego domu, w którym miał urządzone mieszkanie, i pozwolił nam tam mieszkać. Arwa nad Stawem wściekł się – groził że zastrzeli Fryderyka – choć ten był jego wujem. 

Henryka Wygachiewicz-Rewers:

Przy wywózce był sołtys [Friedrich Arwa] i esesman w czarnym mundurze. Sołtys mieszkał naprzeciw nas. więc po sąsiedzku było – mówił „bierzcie ze sobą, co możecie”. Na wóz szła szafa naszego ucznia, strasznie uczeń przy tym był nerwowy. I ten czarny [esesman] pilnował, żeby szafa była wrzucona na wóz drzwiami w dół – a jakby odwrócili, to jeszcze by można nam było coś powsadzać… Mama moja dobrze szyła, to chciała wziąć maszynę do szycia. Trzy razy ta maszyna była na dole i trzy razy na wozie, bo esesman nie pozwolił jej zabrać. Ale jak wszedł do domu, to sołtys powiedział „wstawcie i nakryjcie czymś”. I tak żeśmy zrobili. I mama zabrała maszynę.

W mroźny dzień 1945 roku niemieccy mieszkańcy wsi uciekli przed nadciągającą Armią Czerwoną. Został po nich ewangelicki cmentarz – dziś porośnięty gęstą powłoką bluszczu, a także pamięć wśród najstarszych polskich mieszkańców. Niektórzy utrzymywali kontakt z dawnymi sąsiadami jeszcze przez wiele lat, tak jak rodzina Friedricha Arwa z rodziną Kostańskich, a nawet w późniejszych latach odwiedzali wieś.

Dom Arwy Bogatego został rozebrany w latach 70-tych. Sam Friedrich Arwa dożył sędziwego wieku 96 lat. Jego droga życia rozpoczęta w Semlak koło Aradu, prowadziła przez Dobanovce pod Belgradem i podpoznańskie Golęczewo, dobiegła kresu w 1975 roku w domu starców w Lehnin pod Poczdamem.

Autor tekstu: Grzegorz Grupiński, Golęczewo, czerwiec 2025

Niemiecka społeczność Golęczewa ok. 1935 r. Friedrich Arwa („Bogaty”) to najprawdopodobniej uśmiechnięty mężczyzna z dzieckiem na kolanach, w dolnym rzędzie. Zdjęcie z rodzinnego archiwum Sybille Zschorn z domu Arwa.